Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi toadi69 z miasteczka Poznań. Mam przejechane 7388.85 kilometrów w tym 2825.51 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 20.67 km/h i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie.


baton rowerowy bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy toadi69.bikestats.pl
Wpisy archiwalne w kategorii

do 100 km

Dystans całkowity:2744.15 km (w terenie 1510.41 km; 55.04%)
Czas w ruchu:137:48
Średnia prędkość:19.43 km/h
Maksymalna prędkość:60.31 km/h
Suma podjazdów:14710 m
Maks. tętno maksymalne:179 (101 %)
Maks. tętno średnie:164 (92 %)
Suma kalorii:36129 kcal
Liczba aktywności:54
Średnio na aktywność:50.82 km i 2h 45m
Więcej statystyk
Dane wyjazdu:
67.00 km 55.00 km teren
02:36 h 25.77 km/h:
Maks. pr.:44.59 km/h
Temperatura:29.0
HR max:177 ( 98%)
HR avg:163 ( 90%)
Podjazdy:387 m
Kalorie: 2212 kcal

BM Poznań 2011

Niedziela, 4 września 2011 · dodano: 04.09.2011 | Komentarze 8

Kolejny start, tym razem w BM Poznań, na własnych śmieciach.
Przyjechałem na start chwilę przed otwarciem sektorów, ale jak się okazało sektory już były pełne, start jak to u Grabka z ostatniego.
Kilka metrów przede mną stał Jacek, za Krzysztof i Konrad.
Start, z początku powoli i mocniej w pedały naciskam po przejechaniu punktu pomiaru czasu.
Jedna kraksa krótko po wjechaniu w las, mijam ją i zostawiam, kolejna kilkanaście metrów dalej, tu dwa rowerki się szczepiły, dostrzegam też pierwszego kapcia na trasie, było ich całkiem sporo jak na tak prosty maraton.
W pewnym momencie dostrzegam Konrada. Ki czort, przecież był za mną, kiedy mnie wyprzedził ? nie zrażając się szybko go w tłumie mijam, nie ujechałem daleko i dostrzegam Krzysztofa, z niedowierzania przecieram oczka, jakim cudem, przecież nie wyprzedzał mnie, teleportował się czy co ? Dość łatwo wyprzedzam i mknę przed siebie. Już na mecie dowiedziałem się co to była za teleportacja. Okazało się że udało się Krzysztofowi i Konradowi zyskać cenne metry na starcie dzięki zamieszaniu i wejściu z boczku jednym z wejść do wcześniejszych sektorów.
Idzie całkiem dobrze, tętno na granicy 170 (norma). Wzdłuż Cybiny co rusz udaje się mi kogoś wyprzedzić, i tak docieram na groblę gdzie jakiś gostek postanowił mnie nie puścić, twierdząc iż też chce wyprzedzać, na wiele się jemu nie zdało to, gdyż jeszcze na grobli jego i delikwenta przed nim łyknąłem. Pierwsza górka bezpośrednio przed przejściem pod trasą wylotową z Poznania do warszawki z blatu i na niezłej szybkości, jednak w chwili kiedy znalazłem się na szczycie konsternacja. Wiedziałem że będzie tłumnie przed schodami, ale takiego tłumu się nie spodziewałem i tak długiej kolejki. Przymusowy postój. Po dość długotrwałym oczekiwaniu w końcu jestem z drugiej strony, wiem że Jacek jest gdzieś z przodu, Krzysztof chyba za mną. Naciskam na pedały doganiając kolejne osoby, szybko wyprzedzam nie dając aby skorzystali ze mnie jako lokomotywy, pierwszy "trudniejszy" odcinek to tradycyjnie w połowie długości jeziora swarzędzkiego, gostek jadący z przodu zanim zauważył zakręt w lewo i zareagował zdążył nieźle napiąć taśmę przegradzającą drogę na wprost.
Szybka redukcja biegów, wolę z młynka niż ryzykować że coś nie wyjdzie, i przed siebie, w tym momencie mija mnie jakiś młodzian, jednak na czas nie zredukował biegu i w połowie podjazdu rozłożył się na piknik, zajmując połowę szerokości ścieżki. Jakimś zbiegiem okoliczności udaje się mnie ominąć go z lewej lawirując między piknikującym a idącymi pieszo. Jestem na szczycie, obracam się. Młodzian który leżał pokonuje górkę z buta, za mną kilku podchodzi.
Jadąc z prędkością do 32 na godzinę docieram w okolice Uzarzewa, na zjeździe w oddali dostrzegam znajomą sylwetkę, czyżbym doznał kolejny raz dziś Deja vu?
Nie chce mnie się wierzyć, przecież w kolejce widziałem Konrada za Krzysztofem, kolejna teleportacja ? Jadę dalej, na końcówce podjazdu w Uzarzewie jestem już na tyle blisko że zaczynam mieć pewność, iż przed mną pomyka Konrad. Zakręt w ścieżkę do Biskupic i w tym momencie widzę Go z profilu - teraz już nie mam żadnych wątpliwości. Mam około 15 metrów straty, łyk wody, delikatnie odpuszczam, wyrównuje tempo z Konradem, po chwili przyśpieszam i wyprzedzam przed punktem pomiaru czasu oraz pierwszym bufetem na trasie. Dwa zdania zamieniam z Nim i dowiaduję się, iż wykorzystał okazję aby wraz z Jackiem przemknąć się po schodach. Przez krótką chwilkę miałem Konrada na kole, nie wiem jednak w jak długo, gdyż gdy kolejny raz spojrzałem za siebie jego sylwetka była około 20 metrów za mną. Widząc że przed mną jedzie dwóch rowerzystów w podobnym tempie oraz nieźle wyprzedzają co wolniejszych, postanowiłem ich dojść. Zajęło mnie to trochę czasu i sporo sił, do zniwelowania miałem na oko 100 metrów, ale udało się, przez chwilę jadę im na kole. W Biskupicach dogadujemy się aby robić zmiany i zyskać dzięki temu. Jedziemy pod wiatr mając na licznikach ponad 30 km/h chwilami dobijamy do 40 km/h jakoś nikt nie przyłączył się do naszego pociągu. Tak docieramy do zjazdu w las, nadal współpracujemy, wyprzedzamy kolejne osoby. Tempo jednak jest dla mnie zbyt wysokie jadę mając tętno około 170 i więcej, zaczynam odczuwać że słabnę, daję ostatnią zmianę, po około 2 może 3 minutach idę na koło, a po kolejnych 10 odpuszczam, wiem że nie dam rady w tym tempie dorównać 20-latkom. Długo jeszcze widzę ich przed sobą. W końcu kolejny punkt pomiaru czasu oraz bufet numer 2, spodziewałem się tego bufetu nieco dalej. Nie zatrzymuje się, mam jeszcze sporo wody ze sobą. Wąwóz, który pokonuję nieco wolniej niż rok wcześniej, nico przyblokowany uznałem że nie będę ryzykował i wciskał się na trzeciego. Kociołkowa Górka, teraz kawałek asfaltu, nieco odpuszczam, pociągam kilka solidnych łyków z bukłaka, za chwilkę zjazd w las, oglądam się za siebie nikogo znajomego nie widzę. Jadąc lasem zastanawiam się czy Krzysztof jest przed czy za mną, po głowie chodzi mnie myśl że w kolejkowym zamieszaniu mógł mnie gdzieś wyprzedzić. W okolicach Promna ponownie odcinek asfaltowy, odcinek do miejscowości Góra. Pod górkę czuję już zmęczenie, jednak na płaskim oglądam się za siebie i nie widzę aby tworzył się jakiś pociąg, szkoda, jest grupka z przodu. może ją dojdę. Z wiatrem osiągam na tym odcinku swą najwyższą prędkość tego dnia. na liczniku pojawia się cyfra 44 :) Dochodzę grupkę w miejscowości Góra, jestem padnięty, nie mam sił na danie zmian, więc chowam się za nimi i tak mnie doholowali do zjazdu z asfaltu. Telepiąc się po dziurach w dolinie Cybiny dogania mnie dziarski 56 latek, nie mam jednak sił aby podjąć walkę, wolę zwolnić. Kolejny asfalcik i tym razem pod górkę. Zjazd w polną drogę, przyśpieszam, staram się jechać równym tempem i na tętnie w okolicach 160, realizując ten plan docieram do rozjazdu w Uzarzewie. Kolejny bufecik na trasie, bukłak dziwnie lekki, wody w nim mało, zatrzymuję się na jednego głębszego.
Zjazd za Uzarzewem bez problemów od teraz około 12 może 13 km do mety, jadę równo i dość spokojnie, wyprzedzam parę osób jadąc ku Swarzędzowi, krótki odcinek po pozbruku i zjazd w lewo. Nico singielków. Kolejny ostatni podjazd wąwozem, i wzdłuż jeziorka kieruję się za strzałkami do mety, lekko z górki więc powoli przyśpieszam, zanim spostrzegłem jestem przy schodach. Kolejny krótki podjazd gdzie udaje się mi wyprzedzić 3 maruderów i równym tempem do mety. dochodzi mnie jakiś gostek, zaczynam czuć oddech na plecach, przyśpieszam, jednak nie obracam się, jadę około 26 km/h hamowanie przed zaporą, spokojny przejazd z prędkością 15km/h i przed siebie, meta już blisko więc koniec oszczędzania sił dociskam tyle na ile mam jeszcze mocy dobijam do 30 km/h momentami przekraczam tę prędkość, chwila nieuwagi i dałem się wyprzedzić, nie daję za wygraną dociskam przez moment mam 35 na liczniku i odzyskuję co utraciłem chwilę wcześniej. Nim dojadę do mety doganiam jeszcze 4 osoby ( 2 na pewno mini - matka z dzieckiem, co do pozostałych nie mam pewności. Ostatni dwa zakręty i słyszę że meta już tuż tuż, przy wyjeździe z lasu, wchodzę po wewnętrznej i wyprzedzam jakąś dziewczynę, kilka sekund później jestem na mecie.

Oficjalny czas 2:48:06 - 308 miejsce (312 wieczorem)

Na mecie już czekają Jacek i Jacek :) a minutę po mnie melduje się Konrad.
Kilka minut po nas zjawia się i Krzysztof, tradycyjnie nieco poobcierał się gdzieś na trasie.
Na mecie pogaduszki ze znajomymi, zjawiają się też emodwi gigowcy: Klosiu, Paweł i ojciec Dyrektor Emedu. Na krótko przed losowaniem dociera Maciej - jechał giga.

Jezioro Swarzędzkie - chwilę przed zakrętem w lewo i piaszczystym podjazdem

Uzarzewo, końcówka podjazdu koło muzeum łowiectwa, dwie fotki za Kondziem i kilka przed Maksem :)

Dolina Cybiny okolice Gurtatowa, za zjazdem

Malta, jezioro Olszok, to przed zaporą :)

Malta przed przejazdem przez drogę
Kategoria do 100 km


Dane wyjazdu:
18.69 km 0.00 km teren
01:12 h 15.58 km/h:
Maks. pr.:54.90 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:445 m
Kalorie: kcal
Rower:Author

Dzień po Maratonie w Karpaczu.

Niedziela, 2 maja 2010 · dodano: 04.05.2010 | Komentarze 1

Pobudka rano.
Wieczorem chwycił mnie silny skurcz kiedy zmieniałem pozycje na łóżku, a rankiem to najchętniej bym sobie tak z dwie godzinki poleżał. Ale szkoda było dnia, nogi dość ciężkie i dawały do zrozumienia że dzień wcześniej był niezły wycisk.
Robimy śniadanko.
Smarowanie łańcucha, JP robi drobną naprawę przedniej przerzutki. która dzień wcześniej nie miała tyle szczęścia i uległa zniszczeniu.
Ruszamy w trasę. Nie jest źle. Jest nawet znacznie lepiej niż myślałem, ale na dłuższych podjazdach (jedziemy na skocznie narciarską) czuję że nogi już tak nie podają jak dzień wcześniej, skąd ten JP ma tyle sił ? :)
JP prowadzi nas w ciekawsze miejsca położone obok naszej trasy, zaliczamy dwa wodospady, skocznie narciarską, Świątynie Wang, w pobliżu której dzień wcześniej jechałem a nie było okazji jej zobaczyć. odcinek drogi gdzie to siła grawitacji zdaje się nie oddziaływać i pod górę jedzie się jakby było delikatnie z górki :)
Dłuższy postój pod Świątynią Wang. parę fotek i ruszamy w dół.
Zjazd po kostce brukowej, hamulec zaciągnięty na maksa a mimo to jadę w dół i koło się obraca. Na dole przy podjeździe do Świątyni spotykamy Klosia :) Jest widać szczęśliwy. Jedzie na dłuższą wyprawę z kolegami, nie ma czasu na więcej jak kilka zdań. I ruszamy my w dół w kierunku do centrum Karpacza, zaś On za kolegami w przeciwnym kierunku. Szybki zjazd, wyprzedzam gdzieś jakiś samochód po drodze jednak obawiając się iż może mnie wynieść na zakrętach ostrzej hamuje, JP i Krzysztof znacznie mnie uciekają. Krzysztofa doganiam niebawem, po tym jak musiał mocno zwolnić kiedy samochód zajechał jemu drogę, jednak JP poszedł mocno do przodu. Do Sciegnów jedziemy górą, zaś jak się miało okazać później JP pojechał inną trasą, dołem. Spotykamy go na jednym ze skrzyżowań już w Ściegnach.
Jeszcze trochę dość szybkim tempem drogą i jesteśmy na miejscu.
Teraz tylko spakować co nasze i w drogę do Poznania. W Poznaniu jesteśmy około 17:00
Podziękowania dla Konrada za załatwienie noclegów
Dla Krzysztofa za transport
Dla JP za miłe towarzystwo, rady oraz bycie przewodnikiem po Karpaczu i nie tylko. Szkoda że tak krótko tam byliśmy, przydało by się jeszcze z tydzień spędzić, gdyż pozostał spory niedosyt.

PS.
Zdjęcia dodam przy okazji :)
Inne trasy z tej wiosny takie do 20 km poszły w zapomnienie, nie było ich zbyt wiele więc i strata niewielka :)
Kategoria do 100 km


Dane wyjazdu:
53.00 km 50.00 km teren
05:47 h 9.16 km/h:
Maks. pr.:50.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1600 m
Kalorie: kcal
Rower:Author

Maraton w Karpaczu

Sobota, 1 maja 2010 · dodano: 03.05.2010 | Komentarze 4

Podziękowania dla Konrada i Jego Ojca za super nocleg :)

Start do Maratonu na dystansie Mega, pierwszy raz w górach !
Wynik nie zachwyca, czas przejazdu to aż 5:47:14.543 (wg licznika było 5:36) co dało mi 635 miejsce na 680 sklasyfikowanych (ok 27 osób nie ukończyło trasy Mega). Dla mojej grupy wiekowej M4 -> 71 miejsce na 82 sklasyfikowanych. 71 niby brzmi lepiej ale to i tak na samym końcu stawki.
Ale zacznijmy od początku.
Nie wiem jak ale jakimś cudem Krzysztof zdołał mnie przekonać do startu. Z początku myślałem o mini, dobijała mnie perspektywa kilku kilometrowego podjazdu już na starcie. Podjazdu jak się miało później okazać jednego z łatwiejszych :).
Wyjechaliśmy w Piątek po południu z Poznania, Krzysztof, Jacek oraz ja. Nieco tłoczno na drogach i wyjazd z miasta zabrał sporo czasu. Na drodze do Karpacza sporo aut z rowerami :). Gdzieś w pół drogi na pograniczu województw krótki postój na kolacje i ruszamy w dalszą drogę. W Głogowie koszmarny korek spowodowany remontem drogi. Docieramy jednak bez dalszych niespodzianek pod Jelenią Górę, dochodzi 23:00, z przełęczy rozpościera się przed nami piękny widok rozświetlonego miast :). Odbieramy klucze, kilka zdań i ruszamy w drogę do Karpacza. W końcu lądujemy w Ściegnach. Jeszcze krótkie rozpakowanie się małe co nie co i idziemy spać.
Pobudka o 6 rano. Przed 7 ruszamy na 3km trasę na stadion. Odbieram numerek i wracamy na śniadanko. Wsuwamy nieco makaronu każdy w wersji jaką lubi (no cóż ja z cukrem) i wkrótce ponownie jedziemy na stadion.
Jeszcze chwilka na rozmowę przed startem, spotykamy paru znajomych z innych imprez oraz okolic Poznania czy też BS.
Startuję o 11 z 4 sektora, w doborowym towarzystwie. Chwile po wyjechaniu ze stadionu ruszamy w kierunku Świątyni Wang, pod górę, kilometr za kilometrem ciągną się niemiłosiernie długo, spoglądam na licznik, nie jest źle pomimo że wielu mnie wyprzedza, i mnie od czasu do czasu udaje się kogoś wyprzedzić :). Co chwila spoglądam na licznik, dopiero 2 km, ile jeszcze? Ale staram się utrzymywać prędkość, na tyle skutecznie że nie spadła mnie nawet na chwile poniżej 11km/h jak dla mnie to już sukces, a były odcinki że na tym podjeździe miałem sporo więcej. W końcu zjazd w dół. No to sobie odpocznę. Ale nici z tego, po bardzo krótkim zjeździe skręcamy w prawo, nieco zbyt późno wszedłem w zakręt i ledwo się w nim zmieściłem, ale udało się. Wjazd do lasu, kamienie, korzenie i zjazd, dość trudny jak dal kogoś kto jeździ po płaskim. jednak staram się utrzymać prędkość i nie odpuszczam. Amorek zachowuje się jakby go nie było, w końcu to już jego 11 roczek i najwyższa pora na coś innego. Zjazd skończył się za którymś tam zakrętem, bodaj drugim, i ponownie pod górkę. I tak w kółko trochę szarpania pod górę aby za chwilę jechać w dół. Na jednym ze zjazdów, w takiej specyficznej rynnie o stromych zboczach po jednej i drugiej stronie wypadam z roweru, wyprzedzam go i upadam na przenie koło przyciskając rower do podłoża. Uff udało się upadek kontrolowany, mnie nic się nie stało a i rower nie uciekł mnie na dół. Jednak zrozumiałem że muszę nieco przystopować na zjazdach, więcej sprowadzać mniej jechać, w końcu sprzęt marny a i doświadczenia jeszcze mniej.
I na 14km podjazd, po krótkim płaskim odcinku, mostek i zamknięta brama do lasu :(. Nie można było wykorzystać okazji aby się odrobinę rozpędzić przed podjazdem. Przeprowadzam rower jak wszyscy i startuję do podjazdu, podjazdu który okazał się
ponad moje siły, po zaledwie kilku metrach widząc iż siły mnie opuszczają, zaś prędkość drastycznie spadła do zaledwie 4km/h zsiadam z rowera (jak wielu) i pcham rower pod górę, szybciej go wpycham niż jeszcze przed chwilą jechałem :)
Kawałek jazdy grzbietem i kolejny zjazd po kamieniach oraz korzeniach. Tu zaliczam też kolejną wywrotkę, widząc iż nie jestem w stanie bezpiecznie zjechać zeskakuje z roweru, w tym momencie się poślizgnąłem i kolejny raz leżę na rowerze tym razem z jego drugiej strony.
Z innych ciekawych momentów - to jazda po muldach, super mimo że niektóre z nich były głębokie i strome, to jechało się całkiem przyjemnie, jakaś odmiana od reszty trasy. W końcu kolejny podjazd podjazd przed punktem kontrolnym. Po części prowadziłem rower, jednak większość przejechałem - jak dla mnie był to niebywały wyczyn. Przejazd przez punkt kontrolny i skręt w lewo ostry zjazd. Czech krzyczy nie hamuj, a ja mam śmierć przed oczyma widząc uskok i kamienie zaraz za nim. Do tego łapie mnie skurcz w nodze, pierwszy silny i najsilniejszy na całej trasie. Na moje szczęście jechałem dość wolno, na tyle wolno że zdołałem się jeszcze zatrzymać, chociaż tylko decymetry dzieliły mnie przed upadkiem w dół. Problemem okazało się jednak zejście z toru jazdy, aby innym nie przeszkadzać. Noga była jak z drewna a każda próba ruchu powodowała silny ból. Jakoś stanąłem z boku i po kilku minutach może minęło 5 może więcej może mniej. Zdecydowałem się że ból na tyle ustąpił aby ruszyć się z miejsca. Kilkadziesiąt następnych metrów sprowadzałem rower :(. Na najbliższym łagodniejszym zjeździe wsiadłem na rower i kontynuowałem swą podróż dalej. Jeszcze wiele razy jednak zsiadałem z rowera widząc większe przeszkody i decydowałem się na jego sprowadzanie.
W końcu kawałek asfaltem w dół, zmieniłem przełożenia do szybkiej jazdy, licząc że za chwilę jeszcze bardziej się będę rozpędzał. I co ? Niespodzianka, skręt w prawo i ostro na Chomontową. Zgrzyt jakby zęby się łamały, stoję. Nie dało rady jechać na tak wysokim przełożeniu, zaś z redukcją nie zdążyłem. Zmieniam na małą z przodu i największą z tyłu, próbuję ruszyć. Za drugim razem udało się. Jadę, Piekielnie ostro widzę jak co parę chwil kolejni zsiadają i decydują się pchać rowery pod górę. I ja zsiadam i pcham. Za pierwszym zakrętem mam nadzieję że będzie może nie z górki ale płasko. Zawiodłem się jest nadal pod górę, jednak jakby mniej stromo. Decyduję się na jazdę widząc jak kolejni będący kilka metrów przed mną wsiadają na swe rumaki i z mozołem ruszają pod górę. Jakoś kręcę korbą i jakoś jadę, na liczniku prędkość oscyluje między 5 a 6 km/h marnie. Chwilami udaje mnie się parę razy mocniej zakręcić i przyśpieszyć na moment nawet do 9 km/h ale chwilę później nogi słabną i wracam do tych swoich 5 km. Patrzę z nadzieją na kolejny zakręt, tam będzie lżej. Porażka. Za zakrętem to samo, i kolejny zbawienny zakręt gdzieś w dali. Ile tych zakrętów było nie wiem. Ale w końcu dostrzegam że droga zmienia swą nawierzchnię i zaczyna się zjazd.
Jadę 50 km/h w dół. wyprzedzam jakąś dziewczynę która kilka minut wcześniej wyprzedziła mnie na podjeździe. Rozpędzony nieco za daleko przejechałem zjazd w lewo, ale to kilka małych metrów. Szkoda a tak miło się jechało. A teraz znowu kamienie i błocko, na dole błoto przypomina bardziej bagno niż drogę. Wielu decyduje się na ominięcie lasem tego odcinka ale są twardziele którzy jadą wprost przez nie. Wymieniam dwa, trzy krótkie zdania z fotografem i dowiaduje się że parę minut wcześniej jakaś dziewczyna wyłożyła się prosto w to błoto, a parę metrów dalej ktoś inny zażywał kąpieli w strumyku po nieudanym przejeździe.
Mostek z bali drewna i błotko za nim, oczywiście z buta. Zaraz potem podjazd, usiłuję go pokonać na kołach, jednak zbrakło już sił, ledwie dojechałem do drucianego płotu i pomimo że dalej już było mniej stromo zsiadam z rowera i decyduje się prowadzić rower. Ponownie wsiadam już na płaskim kiedy kończy się płot. Mijam jakiegoś chłopaka siedzącego na trawce z dętką w rękach, i drugą dętką z przeciwległej strony ścieżki.
Tak pokonuje kolejne kilometry chwilami nogi odmawiają mi posłuszeństwa coraz częściej decyduje się na schodzenie czy to na podjazdach czy na zjazdach. Trudniejsze zjazdy pokonuje tylko niekiedy już na kołach, ale zwykle dlatego że zbyt późno było aby się zatrzymać lub też dlatego że jakiś koleś jadący przede mną zjechał :)
W końcu docieram do ostatniego już wodopoju :) ostatni trudny zjazd którego co najmniej połowę sprowadziłem. kawałek banana, coś tam jeszcze. Dwa kubki wody. Na Powerade nie mogłem już patrzeć. Krótkie pytanie ile zostało do mety.
- 8 km, ale 5 pod górę
- a czy podjazdy trudnę
- nie specjalnie
- a zjazdy jak ten tu kamieniste czy łatwiejsze
- łatwiejsze ale niewiele
No tak czyli mam tylko 8 km. Super nawet kiedy bym prowadził całą drogę to tylko około godziny marszu. jednak już jakiś czas temu postanowiłem że dojadę do 17:00. Jest 16:10 albo coś tak koło tego. Ruszam natchniony że tylko te 8 km mnie dzieli od mety. Jeszcze jeden podjazd muszę wprowadzić rower, ale nie jest źle. Oszczędzam nieco siły, Na zjazdach które są już znacznie łatwiejsze od tego co było nie zsiadam. Jest dobrze spoglądam na godzinę i wiem już że z palcem no wiecie gdzie dojadę przed 17 i to z zapasem (dojechałem 16:47). Ostatni kamienisty ale niezbyt trudny zjazd i jestem w mieście. Kawałek po płaskim obracam się nie ma za mną nikogo, zakręt i jadę pod górkę, ostatni to już podjazd. Nie wiem kiedy wyprzedza mnie jakiś facet. Obracam się i widzę że jakaś dziewczyna jest na mym tylnym kole. Skąd Oni się tu wzięli jeszcze chwilkę temu ich nie było. Przyśpieszam, a myślałem że spokojnie dojadę do mety. Nie mam jednak sił aby dojść gościa na podjeździe, zmieniejszyłem jedynie dystans jaki mnie do niego dzielił i odskoczyłem dziewczynie. Zakręt w lewo, kolejny w lewo i stadion. Przyśpieszam mocniej, liczę że może uda mi się na tych ostatnich metrach dogonić gościa, ale nie udało się, też przyśpieszył, jednak wleciałem za nim na metę mając jego tylne koło zrównane z moim przednim. Uff. Koniec masakry.
Jeszcze tylko hamowanie, jaka ta trawa śliska, rower pojechał prawie jak po lodzie, ale zatrzymałem się. Nie wiem skąd i jak ale JP składa mi już gratulacje, że ukończyłem wyścig. Sam sobie jeszcze nie wierzę. Nieco jestem oszołomiony, jednak zadowolony że żyję, że ukończyłem, że się nie potrzaskałem nigdzie i że rower przeżył. Jedynie w trasie musiałem siodełko regulować, kiedy po jednym z mniej kontrolowanych zjazdów. Zbyt szybko jechałem aby mieć szanse na bezpieczne zatrzymanie i pokonanie zjazdu z buta. Nosek siodełka zadarł się wysoko w górę, a ja przez jakieś 10 km jechałem w nieco mało wygodnej pozycji. Na punkcie serwisowym szybko serwisant uporał się z problemem, jednak okazało się że będę musiał wymienić śrubę i kowadełko mocujące siodełko do sztycy.
Mycie rowerów.
W kolejce do myjki widzę gościa za którym długo jechałem, na podjazdach on z kolegą mnie zwykle wyprzedzał, zaś na zjazdach nadrabiałem i doganiałem ich, na jednym z punktów żywieniowych jednak straciłem ich z oczu i już nie dogoniłem. Może to i dobrze, bo miał chyba niemiłe lądowanie okaleczony prawy łokieć i podarte spodenki też z prawej strony, oraz zakrwawione udo. Ble nie miły widok.

Jak dla mnie impreza bardzo udana, poziom adrenaliny bardzo wysoki, zmęczenie nie do opisania, chociaż nie dałem z siebie wszystkiego i w tym tempie mogłem jeszcze sporo przejechać.
Na trasie były chwile zwątpienia, a wręcz rezygnacji nie wiem jednak ale coś mnie pchało aby nie zejść z trasy i podążać dalej ku mecie. Czasami zastanawiałem się na zjazdach co ja tutaj robię. Innym razem na podjazdach - nie wierzyłem sobie że nadal jadę, jednym słowem szok.
Na trasie można było dostrzec dziesiątki zagubionych bidonów, butelek z poweraidem często nawet nie napoczętym, kilka dętek na poboczu czy też bardziej pechowych uczestników, którzy po defektach zakończyli wyścig, lub musieli stracić cenne minuty na usunięcie pany. Był też facet prowadzący rower z kompletnie zmasakrowaną przednią oponą.
Co do trasy, szkoda że nie było czasu na podziwianie widoków, bo to co było można zobaczyć z trasy momentami aż prosiło aby się zatrzymać chociaż na kilka chwil, chociaż krótkich chwil.
Kategoria do 100 km


Dane wyjazdu:
13.50 km 0.50 km teren
00:30 h 27.00 km/h:
Maks. pr.:45.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Author

Do i z Pracy

Piątek, 30 kwietnia 2010 · dodano: 03.05.2010 | Komentarze 0

Jako że dziś mam jechać do Karpacza chciałem mocno zaoszczędzić na czasie dojazdu do i z pracy (tramwajem i autobusem zajmuje mnie to od 30 do 50 minut w jedną stronę), więc dziś rowerem gdyż przejazd nim to około 15 minut. W pracy jestem znacznie wcześniej niż zwykle :), dzięki temu kończę też wcześniej. Powrót idzie równie sprawnie i przed 15 już jestem w domu. Ostatnie przyszykowanie się do wyjazdu, spakowanie i już za chwilę jedziemy do Karpacza.
Kategoria do 100 km


Dane wyjazdu:
49.31 km 18.00 km teren
02:26 h 20.26 km/h:
Maks. pr.:43.30 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Author

Do BCM`u przed Maratonem w Karpaczu.

Czwartek, 29 kwietnia 2010 · dodano: 03.05.2010 | Komentarze 0

Rankiem rowerkiem do pracy, niezbyt spiesznie aby się nie zgrzać. Kończę około 16:20 i ruszam w kierunku BCM`u mam mało czasu gdyż o 17 zamykają sklep a kilometrów jest nieco do pokonania, w dodatku czuję że mam pod wiatr :(
Jadę przez Ronda: Śródka, Rataje, Starołęka, następnie kawałem ul Hetmańską i dalej na Luboń, Puszczykowo drogą. Kiedy dochodzi 17 mam do pokonania jeszcze jeden dość długi podjazd i mokry jak ścierka (już zapomniałem jak to jest jak się jedzie w bawełnianym podkoszulku bez odpowiednich oddychających ciuszków) małe zakupy w ostatniej chwili przed zamknięciem sklepu. Uff. No i mam nowe spodenki z wkładką jedne nieco lepsze 3/4 długości drugie na spokojniejsze traski, krótsze i z tanią wkładką, jednakoż obie pary na szelkach - pewna odmiana, po tych na gumce z ubiegłego roku. Dokupiłem też koszulkę "potówkę". Już wkrótce przekonam się czy się sprawdzi. oraz rękawki. Oddałem też do naprawy zimowe spodnie - urwał się zamek, a dokładniej rozpołowił suwak. Jednak nie ma najmniejszych problemów z wszyciem nowego, a i na reklamacji zostają przyjęte, tak więc nie będzie mnie wymiana zamka kosztować. Powrót wzdłuż Warty szlakiem nieco już piaszczysty fragmentami jednak nie tak jak jest to latem, W drodze okazuje się iż jeden z mostków jest zamknięty i muszę przełożyć rower na drugą stronę bariery :( most w naprawie, szkoda. W pewnym momencie dzwoni Krzysztof, odbieram telefon jednak nadal staram się jechać, mocno jednak zwalniam, gdyż piasek i kierowanie jedną ręką nie wydają się właściwe aby szybciej jechać. Do domu docieram około 18:40.
Jutro czeka mnie wyjazd do Karpacza, muszę spakować się, nieco jeszcze podszykować rower i położyć się spać wcześniej.
Kategoria do 100 km


Dane wyjazdu:
83.09 km 43.00 km teren
04:35 h 18.13 km/h:
Maks. pr.:56.70 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Author

Morasko - Dziewicza - Cybina - Malta

Sobota, 17 kwietnia 2010 · dodano: 03.05.2010 | Komentarze 0

Start przed południem najpierw do Krzysztofa, a potem na Morasko.
Trasa: http://maks.bikestats.pl/index.php?did=294621
Po dojechaniu na miejsce okazuje się że nie na Morasku miały być z Jarkiem trenowane podjazdy a na Dziewiczej Górze. No to fajno, a On tam na nas czeka, więc nie zwlekając ruszyliśmy co sił w kierunku Dziewiczej Góry. Po niecałej godzinie z przerwą na krótki posiłek i uzupełnienie rezerw znaleźliśmy się na szczycie Dziewiczej Góry. Jarek oczywiście już ostro trenował. A i mieliśmy przyjemność poznać Agę :)
Kilka zjazdów i podjazdów z Jarkiem (dwa odpuściłem, zabrakło sił w nogach potrzebowałem chwili na odpoczynek aby móc jechać za nimi kolejne) Dla Jarka było podjazdy z nami były dziecinną igraszką, zaś ze mnie wyciskały siódme poty.
Ostatni zjazd "Kilerem" - tu Jarek pokazuje jak się naprawdę zjazdy robi i my udajemy się przez Gruszczyn na trasę minim maratonu poznańskiego zaś, Jarek do Poznania.
Resztę drogi pokonujemy spokojnie bez szarpania i już po łyknięciu kilkunastu kilometrów lądujemy na Malcie, gdzie jeszcze krótka rozmowa i każdy rusza do domku.
Kilka zdjęć znajduje się na blogu u Jarka :) http://jarekdrogbas.bikestats.pl/index.php?did=294611
Kategoria do 100 km


Dane wyjazdu:
37.00 km 0.00 km teren
01:19 h 28.10 km/h:
Maks. pr.:42.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Author

Do brata :)

Piątek, 16 kwietnia 2010 · dodano: 03.05.2010 | Komentarze 0

Wieczór, miałem zaległe sprawy do załatwienia u brata. Pomimo późnej pory zakładam oświetlenie (wiem że będę już po zmroku wracał) i ruszam w kierunku Szczepankowa, Tulec i Gowarzewa jako finał. Po spędzeniu kilku miłych chwil, jak ten czas szybko zleciał około 23:20 ruszam w drogę powrotną, brr jak zimno.
Rozgrzałem się dopiero po jakiś 4 km. W domu jestem parę minut przed północą.
Temp niezbyt śpieszne w jedną stronę z lekkim wiatrem, w drugą lekko pod wiatr, jednak słaby :)
Kategoria do 100 km


Dane wyjazdu:
29.00 km 4.00 km teren
01:12 h 24.17 km/h:
Maks. pr.:48.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Author

Nieco po szosie

Środa, 14 kwietnia 2010 · dodano: 03.05.2010 | Komentarze 0

Po dwóch dniach na podjazdach, których nie cierpię wyjechałem na płaską asfaltową drogę. Trasa to pętla przez Pokrzywno, Krzeiny, Koninko, Piotrowo, Głuszyne, Marlewo, Garaszewo i ulicą Kurlandzką ponownie do domu.
Kategoria do 100 km


Dane wyjazdu:
14.30 km 12.00 km teren
00:41 h 20.93 km/h:
Maks. pr.:34.00 km/h
Temperatura:12.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Author

Malta od górki do górki

Niedziela, 11 kwietnia 2010 · dodano: 11.04.2010 | Komentarze 2

Krótki wypad aby nieco na podjazdach siłę poprawić. Tereny Malty - Olszoki. Jazda od górki na wysokości stacji BP do górki na wysokości ulicy Piwnej. I tak w kółko kilka razy. Po trzech podjazdach na jedną górkę przejazd do drugiej aby dać nogom odpocząć, dwa trzy podjazdy i powrót do tej pierwszej. Po około 40 minutach odpuściłem sobie, kolana mnie już zaczęły boleć. Ale jutro wracam ponownie na górki i mimo że krótki i niezbyt strome to na początek sezonu wystarczą.

Pozdrawiam wszystkich po dłuższej nieobecności.
Wkrótce uzupełnię brakujące wpisy :)
Kategoria do 100 km


Dane wyjazdu:
34.00 km 0.00 km teren
01:20 h 25.50 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Author

Na wielkanocne jajeczko

Niedziela, 4 kwietnia 2010 · dodano: 04.05.2010 | Komentarze 0

Jak to w Święta, krótki wypad na jajeczko wielkanocne do brata.
W drodze powrotnej towarzyszył mi http://skorzan.bikestats.pl/index.php?did=287831
Kategoria do 100 km